
Czasem zaczyna się od jednej rzeczy.
Niepokojącej wiadomości. Trudnej rozmowy. Zachowania bliskiej osoby. Problemów w pracy. Pieniędzy, których jest mniej, niż potrzebujemy. Wyniku badania. Telefonu, który nie zadzwonił. Wiadomości, na którą ktoś nie odpowiedział.
Na początku jest konkretna sytuacja.
Ale potem zaczynamy o niej myśleć.
Wracamy do niej w głowie. Analizujemy. Przypominamy sobie szczegóły. Zastanawiamy się, dlaczego ktoś tak postąpił. Przewidujemy, co może wydarzyć się dalej. Szukamy informacji. Rozmawiamy o tym z innymi.
Jedna myśl uruchamia następną.
I czasem nawet nie zauważamy momentu, w którym problem przestaje być jedną z wielu rzeczy obecnych w naszym życiu, a zaczyna zajmować niemal całą wewnętrzną przestrzeń.
Czy problem rzeczywiście stał się większy?
Czy może większe stało się miejsce, które mu oddaliśmy?
Nasz umysł zaczyna szukać tego, czym go zajmujemy
Wyobraź sobie, że ktoś potraktował Cię w sposób, który Cię zabolał.
Pojawia się myśl: „Ludzie mnie nie szanują”.
Następnego dnia ktoś nie odpowiada na wiadomość. Ktoś inny nie ma czasu na spotkanie. Kolejna osoba mówi coś tonem, który Ci się nie podoba.
I zaczynasz zbierać dowody: „No właśnie. Wiedziałam. Znowu to samo.”
Tymczasem tego samego dnia ktoś mógł zadzwonić tylko po to, żeby zapytać, co u Ciebie. Ktoś się uśmiechnął. Ktoś zaoferował pomoc. Ktoś powiedział Ci coś dobrego.
Tyle że te sytuacje mogą przejść niemal niezauważone.
Nie dlatego, że ich nie było.
Nasza uwaga była gdzie indziej.
Kiedy jakiś temat staje się dla nas szczególnie ważny — zwłaszcza gdy towarzyszy mu lęk — zaczynamy łatwiej zauważać informacje, które do niego pasują.
I właśnie dlatego może nam się wydawać, że nagle „wszędzie jest tego więcej.
Myśl uruchamia emocję. Emocja podsuwa kolejne myśli
Pojawia się myśl:
„Nie poradzę sobie”.
Co może pojawić się w ciele?
Napięcie. Niepokój. Lęk.
A kiedy już jesteśmy w lęku, umysł zaczyna tworzyć myśli zgodne z tym stanem:
„A jeśli będzie gorzej?”
„A jeśli stracę pracę?”
„A jeśli zabraknie pieniędzy?”
„A jeśli zostanę sama?”
Lęk rośnie.
A im więcej lęku, tym łatwiej pojawiają się następne niepokojące scenariusze.
Powstaje pętla:
MYŚL → EMOCJA → KOLEJNE MYŚLI → SILNIEJSZA EMOCJA → JESZCZE WIĘCEJ PODOBNYCH MYŚLI
I po pewnym czasie nie reagujemy już wyłącznie na to, co się wydarzyło.
Reagujemy również na wszystko, co nasz umysł zdążył wokół tego wydarzenia zbudować.
Mieć problem a mieszkać w problemie
To rozróżnienie jest dla mnie bardzo ważne.
Mogę mieć problem.
I mogę zacząć w nim mieszkać.
Mogę mieć trudną sytuację finansową i podjąć konkretne działania.
Ale mogę również otworzyć rano oczy i już o niej myśleć. Sprawdzać konto. Liczyć. Przewidywać. Jechać samochodem i analizować. Spotkać się z kimś i opowiadać o pieniądzach. Wieczorem zastanawiać się, co będzie za pół roku.
Problem się nie zmienił. Ale zaczął zajmować cały mój dzień.
Podobnie może być z relacją.
Ktoś nie odpisał.
To jest fakt.
Ale chwilę później mogą pojawić się:
„Dlaczego milczy?”
„Czy coś zrobiłam?”
„Może już mu nie zależy?”
„Może kogoś poznał?”
„Czy powinnam napisać?”
Po godzinie nie przeżywam już braku jednej wiadomości. Przeżywam całą historię, którą stworzyłam.
To samo może dotyczyć zdrowia. Odpowiedzialnie zajmować się swoim zdrowiem to jedno. Wykonać badania, skonsultować wynik, podjąć leczenie, jeśli jest potrzebne.
Czym innym jest natomiast sytuacja, w której choroba zaczyna być obecna w każdej rozmowie, każdym wyszukiwaniu, każdym sygnale z ciała i każdej myśli o przyszłości.
Problem może wymagać naszej uwagi.
Nie musi dostać całego naszego życia.
Dlaczego właściwie to robimy?
Skoro ciągłe analizowanie jest tak wyczerpujące, dlaczego tak trudno przestać?
Bo ono często coś nam daje.
Może dawać poczucie kontroli:
„Jeśli wszystko dokładnie przeanalizuję, będę przygotowana.”
Może dawać poczucie działania:
„Skoro o tym myślę, to coś z tym robię.”
Może chronić przed zaskoczeniem:
„Jeżeli przewidzę najgorsze, nie będzie bolało tak bardzo.”
A czasem myślenie pozwala nam nie czuć.
Łatwiej przez dwie godziny analizować zachowanie drugiego człowieka niż zatrzymać się przy prostym:
„Boję się, że mnie odrzuci”.
Łatwiej myśleć o wszystkich możliwych scenariuszach dotyczących dziecka niż poczuć:
„Martwię się o nie i nie mam kontroli nad jego życiem”.
Łatwiej wciąż liczyć pieniądze niż spotkać się ze swoim:
„Boję się, że nie będę bezpieczna”.
I wtedy samo powiedzenie sobie „przestań o tym myśleć” niewiele daje.
Bo być może najpierw potrzebujemy zobaczyć, po co tak kurczowo trzymamy się tego myślenia.
Jak „zwijać” problem?

Nie chodzi o udawanie, że wszystko jest dobrze. Nie o pozytywne myślenie na siłę.
Nie o wypieranie lęku.
Dla mnie chodzi o coś innego: przywrócić problemowi jego rzeczywisty rozmiar.
1. Co jest faktem?
Zatrzymaj się i zapytaj:
Co naprawdę wiem?
Nie czego się boję.
Nie co może się wydarzyć.
Nie co prawdopodobnie ktoś miał na myśli.
Co wiem?
FAKT: Nie odpowiedział na moją wiadomość.
HISTORIA: Już mu na mnie nie zależy.
FAKT: Mam teraz trudniejszą sytuację finansową.
HISTORIA: Wszystko się rozsypie.
FAKT: Dostałam wynik, który wymaga dalszej konsultacji.
HISTORIA: Na pewno będzie źle.
Czasami już samo oddzielenie faktu od historii zmniejsza napięcie.
2. Co czuję?
Nie: co o tym myślę?
Co czuję?
Lęk?
Złość?
Smutek?
Bezradność?
Wstyd?
Być może pod setką myśli znajduje się jedna emocja, której próbujemy nie czuć.
Nazwanie jej nie rozwiązuje problemu. Ale pozwala przestać uciekać przed nią w kolejne analizy.
3. Czy mogę coś zrobić?
Jeżeli mogę — działam.
Potrzebuję rozmowy? Rozmawiam.
Konsultacji? Umawiam ją.
Sprawdzenia informacji? Sprawdzam.
Postawienia granicy? Stawiam.
Ale jeśli na ten moment zrobiłam wszystko, co mogłam, dalsze analizowanie nie jest już działaniem.
Jest myśleniem.
I mogę powiedzieć:
„Na dzisiaj zrobiłam to, co było możliwe. Do tej sprawy wrócę, kiedy będę mogła wykonać następny krok.”
4. Co jeszcze istnieje?
To jedno z moich ulubionych pytań.
Nie pytam:
„Co jest cudownego?”
Kiedy przeżywam trudność, nie potrzebuję udawać, że jej nie ma.
Pytam:
Co jeszcze jest w moim życiu oprócz tego?
Martwię się o dziecko i siedzę teraz w swoim ogrodzie.
Mam trudność finansową i piję dobrą kawę.
Czekam na ważną wiadomość i rozmawiam z kimś bliskim.
Przeżywam stratę i świeci słońce.
Jedno nie unieważnia drugiego.
Chodzi o odzyskanie całego obrazu życia.
Nie każda myśl zasługuje na całe nasze życie
Nie mamy pełnej kontroli nad tym, jakie myśli pojawiają się w naszej głowie.
Ale możemy coraz częściej zauważać, którym z nich oddajemy swoją uwagę.
Możemy się zatrzymać.
Sprawdzić fakty.
Zauważyć emocję.
Zrobić to, na co mamy wpływ.
A później wrócić do życia.
Bo problem może być prawdziwy. Lęk może być prawdziwy. Trudność może wymagać naszego działania.
Ale oprócz niej nadal istnieje życie.
Może więc warto dzisiaj zadać sobie jedno pytanie:
W czym ostatnio mieszkam?
W lęku?
W braku?
W zachowaniu drugiego człowieka?
W tym, czego jeszcze nie mam?
W przyszłości, która jeszcze się nie wydarzyła?
Nie musisz od razu tego zmieniać.
Możesz zacząć od zauważenia.
A potem, krok po kroku, zwijać problem — oddawać mu tyle miejsca, ile rzeczywiście potrzebuje, zamiast całej swojej wewnętrznej przestrzeni.
Problem może być częścią Twojego życia.
Nie musi być miejscem, w którym mieszkasz.
Jeśli zauważasz, że jedna sprawa, lęk czy problem zaczyna zajmować coraz więcej miejsca w Twoim życiu, być może pierwszym krokiem nie jest znalezienie kolejnego rozwiązania, ale zatrzymanie się i zobaczenie, co naprawdę się w Tobie dzieje.
Właśnie temu poświęcam swoją pracę, warsztaty „Wracam do siebie” oraz e-book „Powrót do siebie” — uczeniu się, jak nie opuszczać siebie także wtedy, kiedy życie nie układa się tak, jak byśmy chcieli.